|
Wspomnienia Eryki Jensen byłej mieszkanki Trzebieży, obecnie mieszkającej w USA |
| Moje wspomnienia z życia w Ziegenort. |
Drogi
Andrzeju, cieszę się, że zapytałeś mnie o dzieciństwo i wspomnienia z
Trzebieży, ponieważ miałam pretekst aby zapisać, wydrukować i zebrać to,
a nawet dać kopie znajomym, ponieważ oni nie mają o niczym pojęcia ! I w
końcu, mój syn i moje wnuki kiedyś może to przeczytają. Pisałam tak, jak
bym mówiła, bez żadnej konkretnej edycji.
Z powodów biznesowych zdecydowali się przeprowadzić do Dużej Trzebieży. Przenieśliśmy się do małego domku w pobliżu portu. Zaraz obok teraźniejszego kapitanatu, dawniej rezydencji Pana Trettina. Mój ojciec wybudował drewniany dom, w którym były 2 pokoje. Jeden był szewskim warsztatem naprawczym, a drugi był sklepem obuwniczym, mieścił się on na ulicy Neuwarpstr. (ul. WOP), zaraz obok olbrzymiego domu (dawny młyn) Pani Lemke. Naprzeciwko naszego domu w porcie, pamiętam masę ściętych z lasu drzew przygotowanych do zwodowania, do Feldmuehle (papierni Skolwin) w pobliżu Szczecina. To było dla nas dzieci wspaniałe miejsce do zabawy. Skakaliśmy
z jednego drzewa na kolejne, czasami się jednak kaleczyliśmy spadając z
tych właśnie drzew. W parku obok portu odbywały się często festiwale dla
dzieci, takie jak festiwal majówkowy. Z tego co pamiętam odbyła się np. parada lamp, z małymi świeczkami wewnątrz
tych lamp.
Jeśli chodzi o zabawki, to miałam jedną lalkę, która potrafiła otwierać i zamykać oczy. Każdego Bożego
Narodzenia moja mama
szyła dla niej nową sukienkę i naprawiała oczy, które wpadały do wnętrza
jej głowy. Nie pamiętam, aby moi przyjaciele mieli zabawki, oprócz jednego
kolegi, który również mieszkał blisko portu. Pamiętam miał zestaw kolejowy. Tym pociągiem bawiliśmy się pod jego kuchennym stołem, u niego w
domu. Podróże promem do Szczecina i do Świnoujścia były zawsze dobrą zabawą. Moi rodzice często pływali tym promem do Szczecina, ponieważ tam zaopatrywali się w skórę i nowe zapasy produktów potrzebnych do szycia butów. Korzystając z wizyty w Szczecinie szliśmy do UfaPalast. To było kino. Przed filmem jakiś człowiek grał na Wurlizer Organ i to było najpiękniejsze. Na górze znajdowała się kafejka, gdzie można było kupić kawę i ciastka, zawsze przygrywała jakaś kapela. Pewnego razu była tam kapela Ukraińska. Mój ojciec był bardzo szczęśliwy - mógł porozmawiać z muzykami. Odwiedzaliśmy też Hakenterrasse (obecne Wały Chrobrego), ogród wzdłuż portu w Szczecinie jak pamiętam obsiany był pięknymi kwiatami. Niedaleko znajdował się rynek rybny.
W Trzebieży mieszkał jeszcze jeden Rosjanin, również tu przybył po rewolucji. Często go odwiedzaliśmy. Miał olbrzymi ogród za stacją kolejową, pomiędzy Neuwarpstr. (ul. WOP). i Hindenburgstr. (ul. Kościuszki). Zasadził masę drzewek owocowych i jarzyn, oraz posiadał ule. Dostawaliśmy od niego miód. Nie mam pojęcia jak potoczyły się jego losy.
W środku wioski była również stara piekarnia. Piekarz, którego widać jak stoi przed domem, pił alkohol na Małej Trzebieży i kiedy wracał do domu, wpadł do małego strumyka przy drodze i utopił się. Moja mama negocjowała z wdową, Panią Kloss, aby odsprzedała ona ten dom rodzicom, aby mogli założyć sklep obuwniczy. Transakcja doszła do skutku, starsza kobieta miała zostać z nami i mieszkać na górze w olbrzymim pokoju, do tej pory, do kiedy będzie żyła. Później mój ojciec wyburzył olbrzymi piec kaflowy, aby zrobić pokoje. Mieszkaliśmy w kurzu, pyle i bałaganie. Przód na zewnątrz domu został przerobiony, sklep był po prawej stronie, a warsztat był w ogrodzie. Z tyłu domu 2 pokoje były niewykończone, a piwnica została wykopana. Poza kuchnią, warsztatem, sklepem oraz sypialnią, wszystko było zabałaganione. Niestety nie posiadam zdjęcia innego zdjęcia, mam tylko jedno bardzo stare. Teraz, gdy mieliśmy własny dom, mieliśmy ogród z warzywami, kwiatami i zasadzonymi drzewkami wiśni. Mieliśmy świnie, kurczaki, indyki, kaczki i króliki. Świnia i kurczak były moimi pupilami. Indyk atakował każdego wchodzącego do naszego ogródka, jeśli nie znał tej osoby.
Drewniany domek, dawniej sklep, został przetransportowany przez konie i toczących się na kłodach do naszego ogrodu. Na strychu tego domu moi rodzice magazynowali buty, które nie były na ten sezon. Reszta domu była moim prywatnym przedszkolem. Bardzo często wracam myślami do tego raju. Nawet zbudowałam mały domek dla mojego syna w moim ogrodzie w Ann Arbor, Michigan w takim samym stylu. Pewnego razu moja matka, wracając ze Szczecina kupiła mi wózek dla mojej lalki. Sytuacja ekonomiczna się zmieniła. Mój ojciec był wspaniałym szewcem i ludzie z okolicznych wiosek przywozili do niego buty do naprawy. Kupił nowe i szybkie maszyny, ponieważ reperował wszystkie buty dla szkoły marynarskiej w Trzebieży. Ludzie z Hintersee przyjeżdżali na rowerach, aby odwiedzić nasz sklep. Często chodziliśmy na Herzberg, aby zjeżdżać z tamtej wysokiej górki.
Pamiętam ze to było niebezpieczne. Chodziliśmy do lasu na jagody, maliny i szukać grzybów, tych żółtych. One były takie smaczne. Oczywiście plaża była największą atrakcja, i bardzo często chodziłam całkiem sama poprzez łąki, tam była ścieżka na plaże. Kiedy pomyśle o tym, jak to wtedy było, żadnej przestępczości, nie trzeba było zamykać drzwi, policja nie miała pracy, ludzie byli po prostu rybakami i rolnikami, i ciężko pracowali, nikt nie próbował oszukiwać. Poszłam do szkoły, gdy miałam 6 lat. Dostałam duża piękną torbę z cukierkami, myślę ze to miało ułatwić rozłąkę z matka. Szkoła była w porządku, ale czułam, ze nauczyciele nie za bardzo mnie lubili. Byłam zaskoczona, że moja wychowawczyni w czwartej klasie, Pani Joeks, zasugerowała mojej matce przepisanie mnie do szkoły średniej w Policach. Mój ojciec był temu przeciwny, nawet wycofał stamtąd moje podanie.
Wojna
Moje „szczęśliwe czasy w Trzebieży” były teraz nawet smutniejsze, jako że mój ojciec miewał ataki paniki spowodowane wojna, i zdecydował, ze potrzebuje więcej zabawy w swoim życiu. Mówił ze do tej pory w życiu nie miał jeszcze porządnej zabawy. Wiec podróżował pociągiem do Polic, do Szczecina i odwiedzał „łatwe kobiety”. Najpierw sprowadził do domu brunetkę, ale później przyprowadził blondynkę, z która wprowadził się do domu. Moja matka została wyrzucona i jedyne miejsce, w którym mogła mieszkać to był mały pokoik na poddaszu. Moja matka nie miała prawa obsługiwać sklepu, wiec nie miała pieniędzy. Ta blondynka była 24 letnią wdowa po żołnierzu niemieckim z Polic, która urodziła córkę na pięć tygodni przed jego aresztowaniem. Mój ojciec w tym czasie miał 42 lata. Matka zarabiała naprawiając i szyjąc mundury na Malej Trzebieży, a kiedy przyjeżdżałam ja odwiedzić, odwiedzałam ja w małym pokoiku na górze. Ojciec się do mnie nie odzywał. Niemiecki rząd nic nie zrobił, aby pomoc mojej matce. Rosyjski front był coraz bliżej i bliżej. Dla nas dzieci był rozkaz, że wszystkie dzieci powinny być ewakuowane na zachód, nikt nie powinien wracać do domu. Ja nie posłuchałam tego rozkazu, i chciałam jechać do domu do mamy. Pojechałam pociągiem do Szczecina. Na dworcu był napis, że pociąg do Trzebieży został odwołany. NIE MOGŁAM W TO UWIERZYĆ. Na stacji w Szczecinie, panował chaos, ciągle przejeżdżały pociągi, biegające pielęgniarki Czerwonego Krzyża w gumowych, zakrwawionych fartuchach i transportowani ranni żołnierze. I ja tam stałam. Było bardzo zimno i musiałam iść do ubikacji, ale tego nie zrobiłam, bo w każdym momencie mógł nadjechać pociąg do Trzebieży! Żaden jednak nie przyjechał. Pęcherz nie wytrzymał, i „woda” zamarzła w moich długich ciężkich spodniach. Teraz miałam dodatkowy problem. W tej mojej beznadziejności, wyszłam z dworca Hauptbanhof Stettin (Szczecin Główny) i poszłam na ulice, usiadłam na krawężniku i rozpłakałam się.
I wtedy poczułam dłoń na moim ramieniu, i glos, który
zapytał „dlaczego płaczesz „ To był niemiecki żołnierz. Opowiedziałam
mu moja historie, moje niewykonanie rozkazu, i to że nie mam powrotu do domu.
Poczym on powiedział mi, że on i kilku innych żołnierzy jadą ciężarówką
do Trzebieży,
aby uciec łodzią, więc mogą mnie zabrać. Zastanawiam się, co stało się
dezerterującym żołnierzom. W każdym bądź razie, o 3:00 nad ranem byłam
znowu z moja matka. Ona właśnie na mnie czekała! Kolejnego ranka złapałyśmy
„ostatni odjeżdżający pociąg” Niestety, pociąg był przepełniony,
tylko jeden przedział był pusty, ponieważ okna były powybijane i było
bardzo zimno.
Miałam przyjaciółkę, która przybyła z Ukrainy niemieckimi ciężarówkami na zachód Niemiec. Patrzyłyśmy na to nieszczęście, do póki pewnego dnia, nie nadeszła nasza kolej. Pielęgniarka czerwonego krzyża, która mieszkała na przeciwko nas, powiedziała mi, że zmarło dziecko. Matka dziecka nie miała czasu aby je pochować, więc ją poprosiła aby to ona zrobiła to za nią. A tak przy okazji, obok nas znajdował się ratusz miejski Trzebieży (obecnie stara szkoła), urząd nazistowski, na dole w tym budynku znajdowały się magazyny z ubraniami, oraz innymi dobrami.
Wszystko było racjonowane, nic nie można było kupić. Kolejna posiadłość obok nas należała do nadleśnictwa (budynek Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego - już nie istnieje). Mieli bardzo interesujący dom i piękny ogród. Zajmowali się leśnictwem. Na skos od nas był dom (obecnie przedszkole) naszego doktora, który nazywał się Menzel (po wojnie leczył pierwszych trzebieskich osadników). Dom był piękny wewnątrz a ze zewnątrz w ogrodzie rosły piękne kwiaty. Żona doktora nie mogła sobie poradzić z nadchodzącymi zmianami, zwariowała, poczym zmarła.
Zbliżał się front, wyjechaliśmy na zachód Niemiec.
Ja miałam sprzątać ulice i Hotel Pflugrad przy porcie. Armia niemiecka składowała mnóstwo rzeczy w głównej
największej hali. Było tam dużo proszku do czyszczenia zębów dla
armii. Później używałyśmy ryb i tego proszku, był różowy i ładnie
pachniał, więc gotowałyśmy z tego mydło, tego również nie miałyśmy.
Był to olej z ryb oraz Seifenstein (środek chemiczny który ktoś zostawił)
i z tego składało się mydło.
Na sali żołnierze jedli, my - 5 kobiet obierałyśmy
ziemniaki od 6 rano do 21 wieczorem w małym budynku, w którym dawniej była
pralnia. Posiłki które jedli żołnierze składały się z kapuśniaku z
kaszą. Był kucharz z Estonii blondyn, który bardzo nas lubił i był dla
nas miły. Żołnierze dostawali również chleb, którego my nie dostawałyśmy,
ale miałyśmy zupę. Matka dostawała 1 bochenek chleba na tydzień. Więc
znowu przetrwałyśmy.
W porcie stała olbrzymia barka. Ludzie
taskali swoje bagaże do portu i wchodzili na węższy pokład. Po obydwu
stronach stali polscy żołnierze, którzy co jakiś czas brali bagaże od
ludzi i wyrzucali je do wody. Matka wsadziła mnie na tą barkę, abym popłynęła
do Niemiec. Miała kuzyna w Ueckermuende, i do niego miałam jechać. Ona
została w tyle. Powiedziała, od kiedy jesteśmy na zachodniej stronie Odry,
minie krótki czas, i wszystko wróci do normy. Układ był na temat granic
wzdłuż Odry i Nysy. DDR Dziadek właśnie się ożenił ponownie, i nowa żona nie była zbyt szczęśliwa z tego że miałam się do nich wprowadzić. Wiec poszłam do ratusza i znalazłam pracę jako pokojówka dla nauczycielki i jej starszej matki. Miałam właśnie 14 lat. Miałam łóżko więc miałam gdzie spać, i robiłam wszystko co zostało mi powiedziane, ale jeśli chodzi o jedzenie, to one również nie miały go za dużo. Pamiętam jak kradłam kromkę chleba, musiałam go ułożyć tak aby one nic nie zauważyły, że coś ukradłam. Wynajmowali pokój młodemu chłopakowi, więc musiałam sprzątać pokoje, rozpalać ogień w salonie i wykonywać inne zadania. Byłam już tutaj przez długi czas, ani słowa od matki z Trzebieży. Oczywiście nie było ani poczty, ani telefonów, ani e-mali !
|
Przywieźli właśnie dostawę buraków cukrowych aby zrobić syrop. Ja byłam w pralni, wyciskając sok z buraków cukrowych. Aby było jasno po prostu zostawiłam uchylone drzwi. Nagle zrobiło się ciemno. Spojrzałam zdziwiona na drzwi, a tam stała moja mama ! W końcu opuściła Trzebież, tak jak już pisałam, razem z inną kobietom, załatwiły sobie drewnianą drabinę i czołgając się przez bagna, udało im się dotrzeć do Niemiec po stronie DDR. Z Ueckermunde, do mojego dziadka, do mojego nowego miejsca pracy, tam byłyśmy, znów połączone ! Pierwszym jej życzeniem było to abym znowu poszła do szkoły, więc podróżowałyśmy z powrotem do Ueckermunde, tam była szkoła średnia, do której uczęszczałam do momentu w którym ją skończyłam i później poszłam do gimnazjum w Pasewalku. | ||||||||||||
W momencie przyjazdu dostałyśmy mały pokoik w Ueckermuende. Teraz musiałam
się przenieść do Pasewalku.
Matce nie pozwolono przenieść się ze mną ! Te zasady prawne były szalone
! Musiała płacić za moją szkołę w Pasewalku moją i swoją rentę. Nie
było dla niej pracy, ponieważ nie wstąpiła do partii. Ale przed dewaluacją
pieniędzy w 1948 roku, cały czas mogła utrzymywać nad nas wodą poprze
handel wymienny. Chodziła do rolników wzdłuż Pasewalku, i negocjowała z
nimi aby dali jej małe produkty żywnościowe, z którymi podróżowała do
Berlina Zachodniego, który był zablokowany, i tam w sklepach oferowała te
produkty w zamian za ... guziki, igły, gwoździe, i inne rzeczy przydatne
rolnikom. Poczym wracała do rolników i tak w kółko. Chodziła również do
lasów otaczających Berlin, zbierała w nich kwiaty, robiła piękne bukiety
i sprzedawała je na głównych ulicach Berlina. Problem był taki, że
poprzez te wszystkie ewakuacje, naloty i tak dalej, byłam do tyłu z
angielskim i potrzebowałam korepetycji .Korepetycje prywatne kosztowały 7
marek za godzinę. A szkoła kosztowała 20 marek miesięcznie. Ale dla mojej
matki najważniejsze było to aby m dostała wszystko to czego potrzebuję. Jeśli
ona by nie robiła tego wszystkiego ja najprawdopodobniej bym nie przetrwała,
nigdy bym nie pisała, ani nie czytała po Angielsku i nigdy bym nie
wyemigrowała. Lecz kiedy nadeszła dewaluacja marek w 1948, każda osoba miała
po 70 marek i to wszystko ! A szkoła i czynsz musiały być nadal opłacane.
Gdy zobaczyłam jak poświęca się moja matka, zdecydowałam się na
opuszczenie szkoły i zostałam uczniem - pomocom dentystyczną. Nie zarabiałam
dużo pieniędzy, ale lepsze to niż nic. Opuściłam szkołę bez wiedzy
mojej matki. Jej się to nie podobało. Po krótkim czasie mój szef musiał
zamknąć laboratorium dentystyczne, a ja kontynuowałam moją pracę jako
uczeń w laboratorium dentystycznym w Greifswaldzie. Tam mogłyśmy się
przenieść znowu obydwie, i tam zakończyłam swoje egzaminy. Po krótkim
czasie pracy w Greifswaldzie znalazłam pracę w Berlin-Hoppengarten. Matka często
wpadała z
wizytą. Miałam teraz jakiś przychód, chociaż nadal nie wielki.
Gdy ludzie w Berlinie mówili o torach kolejowych, które zostały zbudowane
wokół Berlina, oznaczało to kłopoty i izolację. Matce i mnie nie
dostarczano kartek żywnościowych, ponieważ nie głosowałyśmy, zdecydowałyśmy,
że to najwyższy czas na opuszczenie DDR. W tym czasie, 1952 rok, można było
nadal podróżować ze wschodu na zachód Berlina. Oczywiście była granica,
ale z dokumentami, i niebyt ciężkim bagażem można było przejść na zachód.
Musiałam wejść na pierścień
Berliński (kontrola policyjna) 2 razy aby iść do pracy i 2 razy aby wrócić
do domu. Każdego dnia brałam kilka przedmiotów (bardzo lekkich) i opuszczałam
z nimi przyjaciół z wschodniego Berlina.
Berlińskie obozy dla uchodźców
Kiedy w końcu wyjechałyśmy, miałyśmy tylko bagaż podręczny. W innym
wypadku, gdy ludzie nosili łóżka czy coś takiego, wsadzono ich do więzienia!
Więc znowu byłyśmy w podróży ! Zameldowałyśmy się władzom i poprosiłyśmy
o azyl. Oczywiście nie miałyśmy dobrego powodu, więc ja mogłam opuścić
obóz po 6 tygodniach i zostać wysłana do Zachodnich
Niemiec, ponieważ byłam młoda, miałam 20 lat, więc podpisałam kontrakt,
w którym miałam zagwarantowaną pracę jako pokojówka. Moja matka ponownie
musiała zostać. Miała 49 lat, za stara jak dla nich. Miała pozostać przez
2 lata w obozie w Niemczech Zachodnich.
W czasie w którym opuściliśmy Wschodnie Niemcy, czyli w sierpniu 1952 roku,
każdego dnia co najmniej 3000 osób przechodziło do Berlina Zachodniego.
Umieszczona nas w starej fabryce około 200 osób w każdej hali. Spaliśmy na
słomianych materacach. Czasami w nocy płakały i szlochały dzieci. Mieliśmy
jedną łazienkę i jeden kurek z bieżącą wodą w drodze na hale. Aby się
umyć, trzeba było stać w kolejce. Żywność była dostarczana przez
Czerwony Krzyż. Najczęściej była to zupa, chleb i kawa. Każdego dnia
trzeba było iść do wyznaczonych biur, aby zostać przesłuchanym i tak
dalej. Za każdym razem godzinami staliśmy w kolejce godzinami. Często słyszeliśmy,
że uchodźcy byli porywani i wywożeni z powrotem do DDR. Z naszych okien było
widać DDR.
Po około 6 tygodniach, ponieważ ja podpisałam, iż będę wykonywała prace
domowe przez pół roku, wyleciałam z Berlina. Moja matka musiała zostać,
była za stara miała 49 lat. Moje pierwsze doświadczenie z samolotem i lotem
ponad Radziecką strefą na zachód była strasznie szargająca nerwy. Mogliśmy
zostać zmuszeni do lądowania. Najpierw zostaliśmy przetransportowani do
obozu (baraków) a później w miejsce gdzie przebywały zdeformowane dzieci.
Ich rodzice je oddali, a kościół utrzymywał to miejsce. Musiałyśmy
wstawać bardzo wcześnie rano, modlić się przed śniadaniem, a później
wykonywać naszą pracę. Mycie, sprzątanie, gotowanie i tak dalej, dla tych
dzieci. Warunki były ciężki i kilka dziewczyn uciekło, ale policja
przywoziła je z powrotem. Obóz był na szczycie dużego wzgórza, zawsze był
w chmurach, lub mgle, a dojścia były śliskie. Ja nie uciekałam.
Zostałam zaplanowana do pracy u jednej rodziny w Gladbach. To był olbrzymi
dom, Pani miała sklep z narzędziami, miała 2 synów. cały dom był przeraźliwie
zimy, tylko biuro było ogrzewane. Więc byłam nieszczęśliwa. W gazecie
zauważyłam ogłoszenie, dla pomocy domowej zamieszczone przez angielską
rodzinę. Zadzwoniłam pod ich numer, przyjechali po mnie i od razu mnie
zabrali. Było to angielskie lotnisko w Erkelenz. Angielski oficer lotnictwa
ze swoją żoną i małym dzieckiem. Musiałam wszystko sprzątać, gotować i
zajmować się dzieckiem. Miałam 21 lat.
Po 1 miesiącu próby chciała abym podpisała z nią kontrakt na rok. Ale ja
byłam zobligowana do pracy w tym charakterze tylko przez 6 miesięcy !
Strasznie się zezłościła, pod zarzutami typu: głupi Niemcy, zażądała
abym podpisała kontrakt, albo wyniosła się z ich domu w przeciągu 10
minut. WYNIOSŁAM SIĘ PRZEZ 10 MINUT!
Miałam szczęście że tłumacz angielsko - niemiecki zabrał mnie swoim
motorem na kolejny przystanek autobusowy. I dał mi trochę pieniędzy na
autobus. Opuściłam lotnisko w Erkelenz i pojechałam do Moechen-Glad z
powrotem. Ktoś w obozie w Berlinie dał mi adres swojej ciotki. Mówił, że
jeśli będę potrzebowała pomocy, mam do niej iść.
I tak stałam przed jej drzwiami, przedstawiłam się i opowiedziałam jej
swoją historię. Ona zapytała "Czy potrafisz robić na drutach ?"
oczywiście że potrafiłam. Ona robiła swetry dla ludzi więc jej pomagałam
a ona mnie żywiła. Do pewnego dnia w którym przeczytałam ogłoszenie, że
potrzebna jest pomoc dentystyczna w Duesseldorfie. Moja podróż do dentysty
skończyła się tak, że zatrudnił mnie od ręki. Znalazłam małe
mieszkanie w Kaiserswerth/Rhein, w pobliżu zamku króla Barbarossa na 10
miesięcy, więc wszystko szło po mojej myśli. Później znalazłam mały
pokoik w mieście na 5-tym piętrze, pod dachem. Toaleta była na pierwszym piętrze.
W każdym bądź razie, Niemcy były strasznie przeludnione uciekinierami z
Niemiec Wschodnich i dalszych części Europy Wschodniej, nie można było
znaleźć miejsca w którym można by zamieszkać, poza bardzo drogimi.
Zostałam w Duesseldorf około pięciu lat, później zdecydowałam przenieść
się na południe. Duesseldorf był bardzo zanieczyszczony chemicznie i miałam
okropną alergię. Wiec poszłam na kurs pisania stenograficznego i pracowałam
dla firmy samochodowej Mannesmann w Monachium.
Kiedy miałam zaledwie 16 lat zadecydowałam opuścić Niemcy, a nawet i Europę.
Aby być z daleka od problemów i kłopotów przez jakie przeszliśmy. Dlatego
właśnie zdecydowałam aby uczyć technik dentystycznych, ponieważ ludzie na
świecie wcześniej czy później będą potrzebowali sztucznych zębów. A
Europa zawsze była w stanie zimnej wojny, już od długiego czasu. Z
Rosyjskimi czołgami stojącymi w lasach wschodnich Niemiec, pomyślałam, że
zajmie im mniej niż 48 godzin aby przedostać się do Niemiec zachodnich.
Na Octoberfest w Monachium w restauracji, była młoda para ludzi z Florydy. Ciężko im było
zrozumieć co było w menu. Młody człowiek próbował im pomóc, ale jego
angielski był dla nich za słaby, aby mogli zrozumieć to co on powiedział.
Zaoferowałam swoją pomoc. Wytłumaczyłam im jakie są dania a oni byli mi
bardzo wdzięczni. Potem powiedzieli mi , że może mogła bym im doradzić
rozwiązanie kolejnego problemu. Mieli wypożyczony samochód w Skandynawi u
Diesel motor. Zanim zrozumieli jakie paliwo mają tankować, zawsze wlewali złe.
Jak by to się miało zdarzyć, pracowałam dla fabryki Mannesmann, firmy założonej
przez Augusta Diesel. Wzięłam ich numer telefonu, zapytałam mojego szefa,
czy można im jakoś pomóc, a on pokierował mnie do Sched 16, było tam dużo
znaków "diesel" weź znak i daj go Ammies, tak powiedział. Pracowałam
tam jako pisarka biurowa.
Moi amerykańscy przyjaciele nalepili znaczek Disla na ich samochód i nie
mieli więcej kłopotów. Później przysłali mi kartkę na Boże Narodzenie
ze Świętym Mikołajem na plaży. Korespondowaliśmy ze sobą.
W międzyczasie przeprowadziłam się do Garmisch-Partenkirchen, ponieważ miałam
tam chłopaka. Pracowałam dorywczo jako sprzątaczka, urzędniczka, cokolwiek
mogłam znaleźć, do czasu kiedy w końcu wylądowałam jako prywatny urzędnik
biurowy sił zbrojnych Amerykańskich, ze względu na moją znajomość
angielskiego, zarabiałam od razu więcej pieniędzy.
Moja matka, w międzyczasie, po dwóch latach obozowego życia w Berlinie,
pojechała do Deasseldorfu. Miała tam przyjaciela postanowili się pobrać,
ponieważ wtedy przysługiwało by im dwupokojowe mieszkanie.
Moja plany emigracyjne, jakkolwiek, cały czas się umacniały. Więc zwróciłam
się do kościoła, aby mi pomogli. Znaleźli by dla mnie sponsora z ziemią,
dla których trzeba było przez jakiś czas pracować, jako pracownik najemny.
Kraje takie jak Kanada czy Australia były łatwo osiągalne. Trzeba było być
tylko zdrowy gdy się było zbiegiem ze wschodnich Niemiec.
Ale moja para z Octoberfest zapytała mnie, czy jest coś co mogli by dla mnie
zrobić .Więc miałam odłożone pieniądze na podróż i tak dalej, ale mogłam
wykorzystać sponsora. Wtedy była bym od razu WOLNA. Oni skontaktowali się
ze swoim zięciem, który był pilotem samolotu, on przybył do Garmich aby się
ze mną spotkać, później jego żona, i zgadnij co, Oni mnie za
sponsorowali, To był czerwiec 1961 roku. Miałam prawie 30 lat.
Cieszę się, że doceniasz moją historię. I jeśli ja mam obraz tego co się
działo i jakie były warunki do 1947 roku, ponieważ moja matka tam została,
byłoby bardzo interesujące dla mnie, gdyby jakaś osoba z Polski powiedziała
szczerze, jak wyglądało życie gdy w Trzebieży osiedlali się pierwsi
Polacy. Pamiętam, że armia czerwona zabrała wszystkie dobra, takie jak
pianina, meble itp. i transportowała to ciężarówkami do Rosji. Fabryka
Hydrierwerke, oczywiście, również powędrowała do Rosji, a nawet i tory
kolejowe zostały rozebrane. Myślę, że o tym wiesz. Nie zostawili
kompletnie nic. Musiało być niezmiernie ciężko osiedlić się tam i zacząć
jakoś żyć. Były domy, w porządku, ale co z jedzeniem ? Sądzę, iż
znajdziesz osobę, która to opisze tak jak ja to zrobiłam ?
W czasie spisywania tej historii przypomniało mi się jeszcze kilka zdarzeń.
W Schiffsjungenschule "Stettin" (obecnie Centralny Ośrodek Żeglarski) była przetwórnia ryb, kobiety czyściły tam ryby, na rzecz wojsk rosyjskich.

Schiffsjungenschule
"Stettin",
obecnie COŻ
Zanim przyszli Rosjanie, wiele niemieckich żołnierzy przychodziło na plaże w Trzebieży, nie do portu, i najprawdopodobniej, przeprawili się łodziami do Szwecji. Ponieważ na plaży leżały olbrzymie ilości żywności, jak kartony jajek, butelki alkoholu, puszki z jedzeniem i tak dalej. To było na długo zanim przyszli Rosjanie.
Zdarzały się również tragiczne wypadki. Po okupacji Rosyjskiej, w wielkim domu obok obecnej księgarni, na przeciwko sklepu mojego ojca, żyła rodzina
Haak. Mieli kilka dorosłych córek. Pewnego razu rosyjski żołnierz szukający
kobiety próbował pochwycić jedna z nich. Ona go odepchnęła, on poleciał
na piec. Miał przy pasie kilka granatów, które eksplodowały, wszyscy zginęli.
To zdarzenie opowiedziała mi pielęgniarka Czerwonego Krzyża, która pracowała
z doktorem Menzel. (Ta sama która pochowała martwe dziecko).
Kolejna straszna rzecz miała miejsce, gdy niemiecki żołnierz wrócił do
domu do Trzebieży aby być ze swoja rodzina, żona i 4 dzieci, kiedy kilku
rosyjskich żołnierzy chciało zgwałcić ta kobietę. Mąż próbował jej
bronić i walczył z agresorami. Podcięto mu gardło, kobieta została zgwałcona
przez wszystkich żołnierzy, na oczach jej dzieci. Po tym zdarzeniu kobieta
uciekła do lasu i się ukryła. Jej bliscy przynosili jej pożywienie,
ponieważ nie opuszczała lasu. W jakiś sposób
dostała się na teren Ueckermunde, dzieci dorosły i jedno po drugim wyjechały
na zachód. Dzieci wynajęły swojej matce ładne mieszkanie, ona straciła
rozum i zmarła w szpitalu dla psychicznie chorych. Ta historie opowiedziała
mi siostrzenica tej kobiety. Była ona moja dobra przyjaciółka, nie wróciła
nigdy więcej do Trzebieży.
Gdzieś wokół Trzebieży były pola minowe. Jeden rybak, ja
i moja matka odwiedziłyśmy go w Dortmund, on strącił nogę, ponieważ
nadepnął na minę. I odświeżając moja pamięć wdaje się, ze inny człowiek
z Rosji, Prochno, przyjaciel mojego ojca, również zmarł rozerwany przez minę.
Później widzę piękny obraz mojej szkoły. Na jej tyłach był mały
sklepik z jedzeniem. Pewnego dnia wróciłam do domu, po odwiedzinach u mojej
przyjaciółki, zobaczyłam ulicy całkowicie wypełnioną ludźmi. Po obydwóch
stronach stali Rosyjscy żołnierze z karabinami maszynowymi. Nie miałam pojęcia,
co się dzieje. Ale zanim się zorientowałam, również byłam w
tym tłumie. Żołnierze krzyczeli "dawaj, dawaj!" i zmuszono nas do
wejścia do piwnicy pod tym małym sklepem z jedzeniem znajdującego się za
szkoła. Zostaliśmy zepchnięci do piwnicy na dole jak sardynki. Ciężko było
oddychać. O co w tym chodziło, nie mam pojęcia. Oczywiście myśleliśmy,
że nas pozabijają. Później zabrali na zewnątrz jedna kobietę. Czekaliśmy
na strzał. Nie było żadnego strzału. Myśleliśmy ze ja zgwałcą. W każdym
bądź razie tkwiliśmy tam cała noc. Żadnych wyjaśnień. Następnego ranka
wypuszczono nas. Ktoś nam powiedział, ze została dla Niemców wprowadzona
godzina policyjna - więc przesiedziałam jedna noc w wiezieniu. Moja matka
nie miała pojęcia, co się ze mną dzieje.

E.
Jensen
odnalazła piwnice (dom przy ul. Szkolnej) w której była przetrzymywana - zdjęcie z ostatniej
wizyty w Trzebieży 1.07.2003
Napisałeś, ze inni ludzie - Niemcy, którzy odwiedzili Trzebież nie
opowiedzieli takich rzeczy jak ja. Może być kilka
przyczyn.
1. Czy oni również uciekli i zostali zmuszeni do powrotu do
domu w Trzebieży? Sprytniejsi ludzie uciekali od razu tak daleko na zachód
jak to tylko było możliwe. Oni oczywiście nie musieli wracać do domu. I
wielu z tych, którzy odwiedzają teraz Trzebież nie byli tam podczas
rosyjskiej okupacji, ludzie ci mieli inne przeżycia.
2. Mówić wszystko znaczy odsłaniać się. Może to być wstydliwe, gdy ktoś,
kogo nie znasz, zna wszystkie szczegóły twojego życia, i to jest twoja własna
wina. Mówią: mówienie jest srebrem, milczenie zaś zlotem.
3. Mogą również nie chcieć abyś ty, osoba mieszkająca
teraz w Trzebieży, czul się źle z powodu dawnych jej mieszkańców.
Mam nadzieje, że nie będziesz się po tym czul źle. To się zdarzyło bardzo dawno temu, i czasy były inne.
Eryka Jensen
W dniach 28.06.2003 do 6.07.2003 E. Jensen odwiedziła Trzebież ponownie. Jej wspomnienia drukowane są też na stronach "Magazynu Polickiego"
Dalszy ciąg wspomnień wkrótce.




























